Mirosław Ratajczak

DWURNIK, KONSPEKT

Pracownia. Z podręcznego magazynu autor przynosi obrazy. (Są jeszcze artyści tak pracowici, ze samo po­kazanie komuś zrealizowanych w przeciągu dwóch, trzech lat dzieł staje się nielichą robotą.) Rzadko pada jakieś objaśnienie. Dystans malarza wobec własnej twórczości, pewność siebie i szczególnego rodzaju napięcie. Po obejrzeniu kilkudziesięciu płócien oraz setki diapozytywów czuję się niemal psychicznie zdruzgotany; to jakaś okrutna wiwisekcja świata dokonywana z furią i poświęceniem, z bezwzględnością wobec środków i celów. Zmordowanie, i tak szybko, gładko włazi przez oczy do mózgu. Ironia sytuacji: spostrzegam w jakimś momencie, ze piję kawę ze zgrabnej filiżanki i pogryzam maleńkie, białe, bardzo kruche i bardzo słodkie bezy.

Twórczość Edwarda Dwurnika to permanentny stan roboczy. Można w niej, co prawda, wydzielić pewne nurty, cykle, okresy, zespoły prac, momenty skupienia uwagi na czymś szczególnie inspirującym autora w danym czasie, ale granice są płynne, umowne. Trwa ciągłe przewartościowywanie doświadczeń, odniesień, kategorii intelektualnych, estetycznych, moralnych. Można, z niewielkim ryzykiem, stwierdzić, że rządzi tu prawo przechodzenia ilości w jakość. "Ręka" artysty w wielkim trudzie odsłania własne cele, pracuje równolegle do myśli, nieraz ją wyprzedza kreując niepowtarzalną rzeczywistość formy. Otwartość, spontaniczność, wieloznaczność - naładowane emocjami. Metafizyczne nienasycenie.

Istotna trudność, na jaką napotyka usiłujący przeniknąć głębiej tę sztukę, polega na jej aliterackości, ateoretyczności, atendencyjności, a - do pewnego momentu - i afilozoficzności. Z naciskiem artysta ten rozważa kondycję "niemego człowieka", jakim jest według niego malarz, skazaniec naoczny. Obecnie mówi o potrzebie głębszych myśli w obrazie, o tym, czy malarz może sobie pozwolić na filozofowanie w sztuce, ("... tu jest pewien dramat, bo nie zawsze jest do tego przygotowany; rodzaj pracy, absorbujący czas i siły, rodzaj kształcenia w akademii, nie sprzyjają wyrobieniu intelektualnemu w odpowiednim czasie. Nie dają trwałych narzędzi").

Na "a" zaczyna się słowo określające inną cechę twórczości autora "Autostopów": ambiwalencja.

"Ta cholerna publicystyka!", mówi Dwurnik. Nie godzi się na taką formułę, i ma rację. Jacyś faceci, najczęściej z kompleksami nierozwiązanego języka, uparli się by przypisać mu swoje własne potrzeby. Podobni im są ci nieodróżniający podmiotu od przedmiotu, którzy wszystko widzą jako "polityczne", i wciąż przeprowadzają rachunki słuszności.

Gombrowicz napisał kiedyś, ze twórczość artysty jest walką ze światem o swoją własną wybitność. W kompleksie polskim zdanie to ma specyficzną barwę. Nieraz siły, warte stoczenia walki z dwoma światami, przychodzi tracić na zaścianek.

Po pierwsze trzeba być rzeczywistym. Dwurnik jest. Osiągnął to, być może, nie najbardziej ekonomiczną metodą (zobaczyć i "zanotować" Polskę "jak leci"), ale osiągnął. Był to swojego rodzaju bunt przeciw nieautentyczności, widmowości, filisterstwu. Zaowocowało goryczą, owszem, ale nie była to gorycz rodem z Cafe Mozaika i moralnym prawem do samostanowienia. Wtedy akurat zerwała się burza.

Mam takie ukryte podejrzenie, ze wielkie wydarzenia historyczne, gwałtowne ruchy społeczne dziwnie są odbierane przez artystę, o ile ważna jest dla niego sztuka i jej przede wszystkim chcą służyć, (swoistej formie poznania życia, swoistemu osądowi życia, próbie jej przekształcenia), niczemu ani nikomu więcej. Takie wydarzenia są w ich oczach rodzajem gigantycznej bójki, rodzajem prawie kosmicznych chuligańskich ekscesów, brutalnych, okrutnych, godnych najwyższej litości. Gorzej, bo ta bójka połyka w swojej bezmiernej zachłanności to, co dla nich najcenniejsze: ich małą, osobistą świętą wojnę toczoną ze światem. W tym punkcie sprawy stają się głębokie, muszą zajść zmiany w świadomości dotychczasowej. Ale nie może to być tylko zmiana "poglądów", postawy politycznej lub podobnych zewnętrzności. Jeżeli mam rację w swojej intuicji, to w wypadku Dwurnika rzeczy miały się mniej więcej tak: jego twórczość do początku lat osiemdziesiątych, jego ówczesny bunt zderzył się z nadciągającą falą i groziło mu rozmycie, wchłonięcie przez zbiorowość, (inna sprawa, że tego rodzaju "pochlebstwo" historii przez wielu witane jest z ulgą, i mocno trzymają w dłoni kwit na emeryturę); prawdziwy artysta jednak, (z satysfakcją piszę właśnie "prawdziwy"), świadomie lub intuicyjnie, (jeszcze lepiej), musi się temu biegowi rzeczy przeciwstawić. W dwójnasób. Zbiorowości, oraz sobie takiemu, jakim był. A nie może, ot po prostu, odciąć sobie ręki czy nogi, tym bardziej kawału własnej duchowości. Musi walczyć w inny sposób.

Całe to piekło oglądane na obrazach Dwurnika, (życzyłbym wszystkim, aby mogli kiedyś obejrzeć wystawę jego obrazów w liczbie, powiedzmy, dwustu, trzystu) jest jego własnym piekłem, wyrąbywaniem sobie drogi w żywiołach zbiorowości, tworzeniem wizji zdolnej objąć i przeniknąć je wszystkie. To walka o własną wybitność jako artysty, i daje ona rezultaty. Pole się oczyszcza, pojawia się wielka, dojrzała metafora ludzkiego losu, synteza, filozoficzna głębokość. Dwurnik stał się dla samego siebie jeszcze bardziej okrutnym niż czas. Zanurzył się (jako artysta - powtarzam) w jego wrzątku i smole doznając oczyszczenia. To klasyczna formuła: katharsis. Potrafił stanąć przeciw sobie, żeby ocalić siebie, potrafił też zaakceptować siebie niegdysiejszego i obecnego. (To nie jest sprzeczność, ani pusty paradoks). Dobrał się w końcu do jedności własnego stworzenia, a więc do każdego w sobie, l tu pojawia się uniwersalizm. To co znajduje się na jego obrazach, ta "publicystyka", znane nam postacie i wydarzenia, to tylko tło "małej, świętej wojny ze światem". Całość jest wizją ogólnoludzką, przerażającą i niemal piękną w tej intensywności, wizją Edwarda Dwurnika. Ma do niej prawo. (Ktoś napisał o jego obrazach, ze są: "namalowanymi olejną farbą formami naszej powszechnej i narodowej świadomości", i że są to "wyobrażenia zbiorowe". Śmiem twierdzić, że to nieprawda; a jeżeli - to tylko "poniekąd", "mimochodem". Nie muszę nawet powoływać się na fakt, że pewien sukces, jaki Dwurnik odniósł w RFN, Francji, Holandii czy w Stanach Zjednoczonych świadczy o uniwersalności jego malarstwa).

Ostatnio, nawet parokrotnie, artysta ten wyjawił swoje marzenie: malować piękne, czyste obrazy, stworzyć "prawdziwe" dzieło sztuki, z uśmiechu a nie z błota, jasne i zrozumiałe dla wszystkich, takie, jakiego wszyscy zawsze pragną, i o jakim marzą wszyscy artyści. Piękne i Dobre. Nie myślę, że to tylko przekora, raczej świadectwo godności.

Mirosław Ratajczak ("Odra" 1990 nr 12)