Maria Poprzęcka

EDWARDA DWURNIKA ŚWIAT PRZEDSTAWIONY

"- Ale przecież ty jesteś prosty człowiek, gdzieś z Polski, z równiny bezkresnej, no nie, trochę przesadziłem, z równiny umiarkowanej, nie za dużej, nie za małej, gdzie niewielkie rzeczki kręte, wyliniałe lasy, chude pola i ludzie ni to chłopi, ni to mieszczuchy, nerwowi, ambitni, płochliwi, zręczni, niepewni siebie, złaknieni autentyzmu, trochę sztuczni, rozhisteryzowani, szczere kłamczuchy, pyszałki z kompleksem niższości, trochę prorocy, trochę kurwy. Wypijmy, Misiu." - taki wizerunek kraju nad Wisłą kreślił Tadeusz Konwicki w opublikowanym w 1967 rokuWniebowstąpieniu.1 W tymże czasie Edward Dwurnik, wówczas student warszawskiej ASP, podjął pracę nad cyklem obrazów Podróże autostopem, dając początek wielkiej malarskiej panoramie kraju, panoramie ludzi i zdarzeń, panoramie nigdy i nigdzie nie zamkniętej, rozrastającej się w czasie i przestrzeni, panoramie, w którą mijający czas wrzuca wciąż nowe obrazy. Artysta maluje dużo, bardzo dużo. Maluje szybko. Maluje chciwie, jakby chciał namalować wszystko, chwytać życie w jego nie uładzonym biegu, przedstawić świat, taki jaki jest - zwyczajny, zachłysnąć rzeczywistością i wszystkim, co ona niesie. I ta rzeczywistość zdaje się żywiołowym, niepowstrzymanym strumieniem przetaczać przez jego twórczość, rozpierać ramy obrazów, rozlewać na setki i tysiące płócien.

"W Polsce lat 60., 70." - pisze "dziecko Peerelu", Tadeusz Sobolewski - "żyliśmy jak otoczeni murem. Żeby zobaczyć, co jest poza nim trzeba było wysoko skakać. Do tych skoków wzwyż służyła ludziom sztuka: literatura i film, teatr i malarstwo. Żyliśmy miedzy dwoma rzeczywistościami: światem peerelowskim oraz tą drugą, prawdziwą rzeczywistością. Nazywano ją 'światem nie przedstawionym'. To, że ten świat nie był przedstawiony, stwarzało niezwykle korzystną sytuację dla artysty. Tworzenie nabierało sensu: było ciągłym odkrywaniem rzeczywistości, rozumianej głębiej niż tylko socjologicznie".2

Takim właśnie "ciągłym odkrywaniem rzeczywistości, rozumianej głębiej niż tylko socjologicznie" jest malarstwo Dwurnika. Jest on jedynym współczesnym artystą, u którego znajdziemy imponujący, rozpisany na ponad dwa i pół tysiąca starannie numerowanych obrazów, rejestr polskiej rzeczywistości. I zarazem polskiej nierzeczywistości. Właśnie i jednej i drugiej, obu w przedziwny sposób współtworzących polski byt ostatnich dziesięcioleci. Dzieje się tak dlatego, że sens obrazów Dwurnika nie sprowadza się do opisu, chociaż tak wiele w nich realiów. Od początku swej malarskiej pracy artysta z niebywałym wyczuciem chwyta atrybuty i rekwizyty otaczającego świata. Inwentaryzuje wystrój przeciętnej polskiej egzystencji. Widzi i wydobywa to, co podrzędne, nieważne, miałkie, trywialne, ale będące tej egzystencji niezbywalną częścią, nadające jej swoisty smak i charakter. "Obcuję z ludźmi dojeżdżającymi do pracy, jeżdżę po małych miasteczkach, interesują mnie polscy przeciętni ludzie, uważam, że nie są oni przeciętni, ponieważ oni mnie wychowali, uważam, że znam ich sprawy, ubiór, zwyczaje, przekonania, żargon -kocham ich i mam radość wystawić im pomnik moim malarstwem" - pisał Dwurnik w studenckim podaniu o stypendium artystyczne.3 I istotnie taki pomnik wystawił. To osobliwy pomnik, będący zarazem przewodnikiem po Polsce. Po polskim Chamowie. Po kraju wódki, papierosów "Sport" i oranżady, którymi raczą się ludzie o prostackich fizjonomiach i niezgrabnych ciałach. Po podmiejskich pejzażach z kwadraciaków, po peryferiach poszatkowanych przez pracownicze działki, po miastach zasnutych plątaniną drutów sieci trakcyjnych, gdzie na autobusowych przystankach wyhemrany waciak sąsiaduje z kremplinowo-bistorowym szykiem, a kładzenie nowego chodnika staje się dziejowym wydarzeniem.

Mrowiący się na tych obrazach ludzie to nie zbiór statystycznych jednostek. Z setek obrazów i rysunków wyłania się przeogromny "Polaków portret własny", znanych i nieznanych, ale zawsze obdarzonych twarzą - niepiękną, lecz wyrazistą. Twarzy nie mają tylko Okrutni - Obcy - Ludzie. Dwurnik maluje także portrety, ale jest przede wszystkim malarzem ludzkiej twarzy, będącej, jak wiadomo, "najbardziej interesującą powierzchnią świata". On bada tę powierzchnię ze szczególną wnikliwością. Te twarze to nie tylko kombinacja nosów, ust, oczu, podbródków, łuków brwiowych, bruzd i zmarszczek -tego wszystkiego, co niegdyś służyło fizjonomistom, przekonanym o otwartości twarzy ludzkiej, nie tylko do odgadywania charakteru, ale i losów człowieka na podstawie jego wyglądu. Dwurnik tak daleko nie sięga. Jak wielu dawnych malarzy, podobnie zafascynowanych ludzką fizys, tworzy w swych obrazach nieprzeliczoną galerię wizerunków. Bliższy jest jednak socjologicznej niż antropologicznej obserwacji. Robotnicy, chłopo-robotnicy, pasażerowie, kolejkowicze, działkowicze, funkcjonariusze, przechodnie, sklepowe, kadrowe, mundurowi, obywatele, bufetowe, konsumenci, interesanci, fizyczni i umysłowi - cała populacja Peerelu staje przed nami w swej pospolitości, ale i w prawdzie.

Jednakże Dwurnik nie jest jedynie rejestratorem peerelowskiei ikonosfery, piewcą powszedniości, kronikarzem wyglądu i obyczaju szarych ludzi z tłumu i ich codziennej, nieefektownej egzystencji. Pokazując ludzi pospolitych i bezimiennych, artysta pozostał z nimi, gdy stali się bohaterami wielkiej historii. Malował ich nadal, gdy ci zastrajkowali, wylegli na ulice, zebrali na placach, zbili w kupy pochodów, ruszyli w manifestacjach, chwycili kamienie, wznosili hasła, dźwigali krzyże i sztandary, otwierali usta w krzyku, śpiewie czy modlitwie. Także gdy ginęli. Towarzyszył im "od grudnia do czerwca" - jak zatytułował jedyne w swoim rodzaju malarskie epitafium poświęcone ofiarom stanu wojennego. Można powiedzieć, że jego malarstwo, zawsze tak samo złaknione autentyzmu, przemieniało się wraz z przemianami obrazowanej rzeczywistości, współbrzmiąc z nią i współczując. Rosło, gdy urastała tamta rzeczywistość. Z nią się uwznioślało. Dramat czasu i wydarzeń nasycił je dramatyzmem. Z przewodnika po Polsce stawało się przewodnikiem po polskiej historii, choć pokazanej często w niezgodzie z przyjętymi, także współcześnie, konwencjami.

Na sztukę, tak głęboko jak sztuka Dwurnika zanurzoną w rzeczywistości, czyha wiele niebezpieczeństw. Trzeba umieć unikać pokus i godzić sprzeczności. Być razem, nie dając się pochłonąć zbiorowości. Współuczestniczyć, zachowując dystans. Współodczuwać, nie dając się ponieść pospólnym emocjom. "Być człowiekiem swojego czasu", ale się w nim nie zasklepić. Angażować się bez zaślepienia. Widzieć równocześnie z bliska i z daleka. Ale i nie popaść w samosprzeczność. Dwurnikowi - może nie zawsze - lecz się to udaje. Przedstawiając peerelowską brzydotę i bylejakość nie popadł w groteskę ani w karykaturę - ani polityczną ani obyczajową. A wiadomo, jak o nią łatwo i jaki znajduje poklask. Nie obsunął się na poziom licencjonowanej "satyry" - choć czasem tak jego obrazy próbowano widzieć i rozbrajać. W jego dystansie nie ma żadnej ironii, która zwykle bywa dystansu partnerką. Ale też czując się częścią tamtego, zdegradowanego świata Dwurnik uniknął knajackiej poufałości, którą często dotknięta jest penetrująca podrzędne rejony życia polska literatura. Przedstawiany przez niego świat jest nieforemny, ale też nie jest bezkształtną miazgą. Jest niezborny - ale nie rozbity. Artysta nie czuje się powołany do jego porządkowania. Rejestruje stan rzeczy.

Polityczne wstrząsy lat osiemdziesiątych musiały stać się wyzwaniem dla takiego jak Dwurnik malarza polskiej rzeczywistości. W owym czasie trudno było uciec przed malowaniem politycznej publicystyki, której tak od sztuki oczekiwano. Jednak nie tylko meandry życiorysu malarza - nagrodzonego za proroczą wizję stanu wojennego, a potem dotkniętego środowiskowym ostracyzmem - lecz i sam charakter jego ówczesnych obrazów sprawia, że nie zawsze spełniały one te oczekiwania. Nie bardzo też dawały się wpasować w wyjeżdżone interpretacyjne koleiny. Także i dziś budzą mieszane uczucia. Pod presją wydarzeń rejestracja rzeczywistości przestała wystarczać. Wtedy też malarz sięgnął po formę sobie obcą i ryzykowną - alegorii i personifikacji. Jednak jego personifikacje -Polska Nike czy rocznicowa Polonia - to "alegorie rzeczywiste", te same pospolite, ciężkawe polskie kobiety, którym tylko historia dodała symboliczne atrybuty i postawiła w nowej roli. Kiedy indziej realność potężnieje, urasta do obrazu uogólnionego - jak w Wielkiej trumnie, pozbawionym jakichkolwiek konkretnych odniesień wyobrażeniu klęski i żałoby. Albowiem "realizm" Dwurnika jest złudny i nieproste jego "zaangażowanie". Proste może wydawać się w oczach zachodniej krytyki. Dla nas, wiedzących więcej, jego pozornie oczywiste, niemal tendencyjne w treści i przesłaniu malarstwo "dla każdego" - wcale nie jest jednoznaczne. Jest niejednoznaczne, albowiem wieloznaczna jest surowa, nie przetrawiona rzeczywistość, jaką przedstawia. Właśnie przedstawia - a nie orzeka. Rodzi się raczej z instynktu niż z refleksji.

Dwurnik nie teoretyzuje na temat wciąż powracającego w dwudziestowiecznej krytyce postulatu zespolenia sztuki i życia, nie roztrząsa znaczeniowych niuansów podstawowych pojęć: "sztuka", "życie", "rzeczywistość", "realizm". Nie pyta o relacje między przedmiotem a obrazem. Nie martwi się o "naśladowczy" charakter swojego malarstwa. Nie próbuje określić sposobu, w jaki jego sztuka ma odnosić się do życia i rzeczywistości. Po prostu maluje. Wobec rozmachu jego malarstwa te pytania tracą jakby znaczenie. Co nie znaczy, że jego sposób widzenia i przedstawiania rzeczywistości jest prosty. Przedstawiając świat Dwurnik przyjmuje różne punkty widzenia - co rozumieć można zarówno dosłownie, jak przenośnie. Są obrazy malowane jakby ze środka, z jądra zdarzeń, zobaczone przez kogoś wmieszanego w tłum. Otaczające ciała napierają, zbliżenie wyolbrzymia je i zniekształca. Zdają wyrywać się z obrazu - jak ludzka ciżba w Modlitwie. Jest ciasno, gęsto, ciemno, bezpowietrznie. Taka bliska optyka przeważa w obrazach stanu wojennego. I są obrazy inne, zobaczone z góry, z odległości, niemal panoramiczne. Owym spojrzeniem z góry artysta ogarnia świat od dawna: czy będą to działkowe Owoce Ziemi, czy zaśnieżone warszawskie ulice z czołgami, czy wyludnione Miasta diagonalne. Podwójność perspektyw przekłada się też na twórczą postawę malarza - uczestnika i oddalonego obserwatora zarazem. Ta wielość spojrzeń przekreśla wszelką tendencyjność i jednoznaczność.

"Człowiek nie może znieść zbyt wiele rzeczywistości". To Eliotowskie zdanie zdaje się odnosić nawet do artysty tak rzeczywistości wiernego jak Dwurnik. Odpoczynkiem od niej - bo nie ucieczką - stały się dlań widoki morza. Obrazy, na których nie ma nic, tylko miarowo falujący błękit. IDiagonalne miasta, niby znajome, rozpoznawalne, a jednak przekształcające się w miasta tajemnicze i niepojęte, zobaczone przez błękitny filtr. Wciąż kontynuując Podróże autostopem malarz dociera coraz dalej. Skaryszew i Wenecja, Kielce i St Gallen, Mogielnica i Amsterdam - wszystkim artysta nadaje ten sam urbanistyczny porządek, ten sam rytm kreślących obraz ukosów, tą samą poetycką aurę. Na jednej z ulic wrocławskiego Sępolna pomiędzy samochodami zaplątał się nawet Pegaz.

Czy dla swych "donosów rzeczywistości" Dwurnik znalazł formę przylegającą do obrazowanego świata? To pytanie zdaje się ważniejsze niż stylistyczny rozbiór jego języka malarskiego. Ważniejsze, niż mierzenie, ile w nim z Nikifora, a ile z niemieckiego malarstwa "dzikich", ile z różnej maści ekspresjonizmów, a ile z przewrotnie spożytkowanego socrealizmu, wizualnej tandety transparentów i gazetek ściennych. Forma Dwurnika zawsze podąża za obrazowaną rzeczywistością, jej się poddaje, do niej dopasowuje. Obrazy -zastosujmy tu stare określenie: "rodzajowe" - rozgrywane są w stylistyce "kultury wizualnej Peerelu", z całym pomieszaniem jej aspiracji i jej tandeciarstwa, jej wysokich i niskich obiegów. Można obraz machnąć z bezczelną dezynwolturą, szeroko, niedbale. Zasma-rować farbą. Dowalić czarną krechą. I można drobić w naiwnej manierze portrecisty-amatora. Pracowicie uwyraźniać kształty rysunkowym konturem. I beztrosko sadzić toporne plamy koloru. Obrazy - znów nazwijmy je umownie: "stanu wojennego"- przyjmują całkowicie inną formę. Malowane są jakby ławkowcem nurzanym w szlamie, "smołą i atramentem", co tak przeraziło wiernego kolorystycznej estetyce Józefa Czapskiego. Pojawiają się, wcześniej mało istotne, mocne kontrasty światłocieniowe. A raczej wszystko pogrąża się w brudnej ciemności, czasem tylko rozjaśnionej niewiadomego pochodzenia blaskiem. Pozostaje odwaga sięgania do podrzędnych źródeł obrazowania. Dwurnik nie boi się przywołać ani dziewiętnastowiecznego patriotycznego kiczu, ani propagandowych malatur. Jeśli jest w nich siła - to czemu nie?

W całym swym dziele Dwurnik przedstawia, ale nie opowiada. Jego malarstwo nie jest ani narracyjne, ani literackie. Nie znajdziemy w jego obrazach żadnych literackich inspiracji, tematycznych odniesień, ilustracyjności, chociaż wiele z jego postaci świetnie znalazłoby swe miejsce wśród bohaterów Konwickiego czy Białoszewskiego: para flirtująca na dworcu w Otwocku, redaktorowa z Białej Podlaskiej, Lilka, Wiesia, ciocia Pola, kolejkowicze czekający na zaśnieżonej ulicy na dostawę radzieckich złotych obrączek. Ale też Dwurnik wydaje się jedynym partnerem tych pisarzy. Cechuje go podobny "dystans wobec świata nie wykluczający współczucia". Przemawia obrazową mową potoczną, pełną kolokwializmów. Podobnie trywialne realia życia podnosi do ważności. Czuje ten świat, który jest "w ogóle nietego". Jak Białoszewski potrafi "zachwycić się Wołominem" i docenić Garwolin. Jak Konwicki "rozsuwa kulisy rzeczywistości". Tak inaczej, jak inna jest jego sztuka - malarstwo - znajduje wyraz dla rzeczywistości, dla której nie znajdowano wyrazu. Czy zatem zostanie zaliczony do "wieszczów Peerelu?"

Wróćmy więc na koniec do Konwickiego: ?- Bo ty kochasz ludzi, Misiu. Widzę w tobie światło. Ono mnie zmyliło na początku i dlatego podrzuciłem ciebie do koszar. Ale ty przecież jesteś prosty człowiek, gdzieś z Polski..."4

Maria Poprzęcka

("Dwurnik. Malarstwo. Próba retrospektywy.", Galeria Sztuki Współczesnej Zachęta, Warszawa 2001)

1 T. Konwicki, Wniebowstąpienie, Warszawa 1967, s.96.

2 T. Sobolewski, Dziecko Peerelu. Dziennik. Esej, Warszawa 2000, s.21.

3 Cyt. wg kat. wyst. Edward Dwurnik. Od grudnia do czerwca (kat.), Bydgoszcz, Bytom 1997, s.154.

4 T. Konwicki, op. cit.